marteczka

O sobie:
Nikogo nie poznasz dobrze po tym co pisze o sobie, ale po tym jak dobiera słowa. Nikogo nie poznasz po tym jak wygląda.. nie ujrzysz jego wnętrza...

Dodane materiały:


Nie kradnij !

Dodano:
2009-11-26 13:35:08

Kategoria:
Polityka i społeczeństwo
Średnia ocena:
2.5

Opis:

Jak płachta na byka. Tak podziałało to na mnie… W

chwili, gdy moje oczy uchwyciły ten cudowny, zdawałoby się, brąz, przestałam logicznie myśleć. To, co było wokoło mnie, tak po prostu zniknęło. Odeszło nie wiadomo gdzie. Jakby przestało istnieć. Czy na pewno?

 

Odzyskałam świadomość. Bardzo zdziwiło mnie to, że

nie byłam już pod pokojem nauczycielskim. Uderzyło mnie zimno - straszliwy chłód, przeszył mnie na wskroś. Oddychałam ciężko jak po godzinnym biegu. Rozejrzałam się. I rozpoznałam to miejsce: to „wnęka”, czyli ślepa ścieżka między garażami… mojego osiedla… Dziwne. Jak to się stało, że jestem na własnym osiedlu, oddalonym od szkoły o dobre trzy kilometry? Jak się tam znalazłam? Było mi podejrzanie lekko i ciężko zarazem. Pytacie pewnie: cóż ona bredzi? To przecież niemożliwe, by tak było. A jednak… Nie miałam swojego plecaka, który nawet, gdy był na wpół pusty, ważył dobrych kilka kilo. Dlaczego pomimo tego iż go przy sobie nie miałam, było mi tak ciężko? Paliło mnie poczucie winy, takie, jakie nieraz dokuczało mi w dzieciństwie, gdy coś przeskrobałam i wiedziałam, że czeka mnie porządne manto od ojca. Nagle zorientowałam się, że moja prawa ręka obraca, nieco bezmyślnie, jakiś gładki, skórzany przedmiot. Spojrzałam na to. Portfel… Taki brązowy, lśniący i… pełny. Miałam nieodparte wrażenie, że moje sumienie daje mi coś do zrozumienia. Otwórz to, namawiało. No, otwórz! Tak, wtedy odnalazłam zatrzaskę i już po chwili patrzyłam na wnętrze tego, jakże cudownego, przedmiotu. Jakiś dokument, trochę paragonów, a w kieszonce: banknoty. Dużo banknotów. Moje palce machinalnie zaczęły je liczyć… 1… 2… 3… 4… 5… w końcu: 28… 29… 30! Trzydzieści setek! To trzy tysiące! Mojemu sumieniu coś odbiło. Otworzyłaś, krzyknęło. I spójrz, co zrobiłaś! Mój rozum, który wbrew pozorom jeszcze istnieje, gdzieś siedzi w mojej głowie, doszedł do głosu. Oczywiście, po nitce do kłębka… Te pieniądze nie mogą być moje, przecież nigdy w życiu nie miałam tyle gotówki w ręku. No i jeszcze ten portfel, on także nie był mój. Dokument…Gdy tylko mój biedny rozum zrozumiał sens słów, zbladłam. Imię znajome… Nazwisko jak najbardziej… Lat, wychodzi na to, że 32… Wreszcie ta sympatyczna twarzyczka, która wesoło spoglądała na mnie ze zdjęcia… Mój rozum szepnął – nauczyciel. Wtedy oprzytomniałam – O Matko! To portfel nauczyciela.

 

Szłam wzdłuż bloku, jakbym byłą osobą, która dopiero

co jakimś cudem wstała z grobu: trupio blada, zdezorientowana, zagubiona. Nie mam pojęcia, jak doszłam do mieszkania. Poszłam do naszego pokoju. Nie zwróciłam uwagi na matkę, która spała po nocnej zmianie na tapczanie w dużym pokoju ani na siostrę, która siedząc na fotelu niedaleko, malowała sobie kreskę na górnej powiece. Jak zwykle nawet na mnie nie spojrzała… No tak, nihil novi. Szczerze mówiąc, zdziwiłabym się, gdyby powiedziała mi „cześć”. Wszystko jedno. Zamknęłam drzwi do pokoju i położyłam się. Niefortunny portfel wciąż trzymałam w dłoni, nawet nie zdążyłam zdjąć butów. Usilnie starałam się przypomnieć sobie, jak to się stało, że to skórzane „coś” nie jest teraz w rękach właściciela, tylko moich. Siostra wyszła, zawsze demonstrowała to głośnym trzaśnięciem drzwi. Matka przez sen burknęła coś niezrozumiałego, choć pełnego pretensji. I leżała już cicho, zresztą ja też. Rozum spał. I budziły się demony, ale dlaczego żaden, jak na złość, nie chciał powiedzieć, co zrobiłam.

 

Nagle usłyszałam pukanie do drzwi… Straszne,

nachalne… Znieruchomiałam. Na szczęście nie było to pukanie do moich drzwiczek do pokoju, tylko do wejściowych. Usłyszałam tylko, jak matka, mrucząc coś pod nosem, wstała i przeszła do korytarza. Zgrzyt zamka, głosy… Jeden męski, drugi żeński, trzeci matki. Zrozumiałam tylko słowa niby rozbudzonej, choć nie do końca przytomnej mamy: „Ona jest w szkole, jeszcze nie wróciła!”. Po chwili drzwi się zamknęły. Najwyraźniej matka uznała, że mnie nie ma, więc przepędziła… Ale kogo? Czułam, że serce aż zadławiło się krwią. Wszak te głosy były nazbyt znajome. Skuliłam się. Starałam się oddychać jak najciszej. Tak, jakby mnie nie było.

 

Wskazówki zegara poruszały się powolutku. Po jakimś

czasie wstałam. Ciężkie, palące poczucie winy nie opuszczało mnie ani na chwilę. Podreptałam cicho do łazienki. Spojrzałam sobie w oczy. I poczułam nienawiść do samej siebie. Przeraziło mnie to. Huk. To portfel wypadł mi z ręki i uderzył o podłogę. Wstrzymałam oddech. Wsłuchałam się. Matka się nie obudziła. Ulga… Chwilowa. Niewiele myśląc, wyszłam z domu. Porwałam tylko z wieszaka jakąś byle kurtkę (ta akurat należała do siostry), zarzuciłam na ramiona. Nie zamknęłam domu na klucz, nie dbałam wówczas o to. Nieszczęsny portfel schowałam do kieszeni. Ale moja prawa dłoń musiała mieć go w zasięgu dotyku. Głaskała go, jak złaknionego pieszczot, opuszczonego psa.

 

Rozum wciąż spał. Pociągnął za sobą wzrok. A szkoda,

bo zdążyłby mnie ostrzec. Przed kim? Przed koleżanką z klasy, która właśnie wracała ze szkoły do domu. Może to nawet dobrze, że ją spotkałam… Bo to ona mi powiedziała, co zrobiłam. Oczywiście, nie na środku ulicy. Weszłyśmy na klatkę schodową. Koleżanka, cała roztrzęsiona, mówiła, że prawie zabiłam nauczyciela! Mam nadzieję, że przesadzała, bo ma takie skłonności. A wracając do tematu… Rzuciłam się na niego od tyłu i powaliłam na brzuch. Chwyciłam go za włosy i kilka razy uderzyłam jego głową o posadzkę (o zgrozo!), po czym uciekłam. Jestem pewna, że przez to moje zachowanie wszyscy pomyśleli, że to zaplanowałam. Och, nie!

Zapytałam o świadków. Owszem, było kilku uczniów na

ławce. No i tu jest taka nieścisłość, bo gdybym to zaplanowała, to wybrałabym raczej ustronne miejsce. Prawda…? Do diabła, starałam się bardziej przekonać siebie niż tę dziewczynę… Postanowiłam się pożegnać i odejść. Nogi same prowadziły mnie do szkoły. I zaprowadziły. Był środek lekcji, gdy weszłam. Nikogo nie widziałam na korytarzach. Było podejrzanie cicho. Teraz moja dłoń gorączkowo głaskała portfel, tak jakby chciała mu przekazać słowa w stylu: „Jeszcze tylko chwila, a znów będziesz w domu!”. Udałam się na pierwsze piętro, gdzie usiadłam na ławce. Rozejrzałam się. Choć korytarz był oświetlony, mnie wydawał się mroczny. Szczególnie ta część, która ściśle przylegała do pokoju nauczycielskiego. Byłam tu rano, a wydawało mi się, że to było tak dawno. Przestraszyłam się. Poczułam, jakby to właśnie w tym korytarzu czaiło się zło, co nakłoniło mnie do tego okropnego czynu. Omiotłam wzrokiem podłogę. I aż mi się słabo zrobiło, gdy w tym okropnym świetle zobaczyłam smużkę. Była taka… czerwono - brunatna. I tak ledwie zauważalna, że sama się sobie dziwiłam, że ją dostrzegłam. Ale była. W kształcie łuku. Na jednym jego końcu był większy kleks. I teraz dopiero do mnie dotarło: ogrom zniszczenia, katastrofy… Te przerażające sceny, jakie się tu rozegrały, stały się wyraźniejsze. Ale bardziej dla mojej wyobraźni niż dla rozumu. Skuliłam się. Czekałam na najgorsze. Myślę, że nie byłam do końca  na to gotowa, a jednak czekałam. Nagle usłyszałam kroki… Ktoś wbiegał po schodach. Patrzyłam w tamtym kierunku spode łba, a kiedy tylko zobaczyłam, kto to, pomyślałam, że gorzej być nie może. Dyrektorka. Ta, zobaczywszy mnie siedzącą na ławeczce pod gablotką jak gdyby nigdy nic, zamarła. Nie miałam pojęcia, jak mogę zachować się w tak niezręcznej sytuacji, więc kaszlnęłam. Nie wiem, co chciałam przez to powiedzieć. Że co? Że jestem słaba, bezbronna? Nie wiem. W tym momencie oddalone nieco drzwi pokoju nauczycielskiego otworzyły się. Wyszedł młody mężczyzna. On także zamarł. Nawet mnie to rozbawiło…

 

Młody zwrócił się do kogoś, kto najwyraźniej był w

środku. Powiedział tylko: „Wróciła”. Dyrektorka w końcu odzyskała kontrolę i nabrawszy powietrza, wspięła się po tych nieszczęsnych schodach. Podeszła do mnie, bez słowa chwyciła za lewe ramię i zaciągnęła do pokoju. Pojawił się opór. Powoli zaczęłam ulegać panice. Czułam napływające do oczu łzy. I strach przed wejściem. Dyrektorka zaczęła coś mówić, ale ja nie słyszałam. A próg drzwi zbliżał się coraz to bardziej i bardziej… Aż dotarł do mnie. To był zdecydowanie najgorszy moment mojego życia. Widok zszokowanego mężczyzny, drżącego nieznacznie, z nieobecnym wzrokiem, siedzącego przy wielkim stole. Na jego twarzy nie było już śladu pierwotnej radości. Czułam się jak złodziejka, jak ta, co mu to szczęście zabrała wraz z tym portfelem…Tymczasem moja prawa dłoń czule chwyciła skórzany przedmiot. Powoli i delikatnie wyjęła portfel. Dyrektorka, zobaczywszy zgubę, nabrała jeszcze bardziej surowego wyglądu. Właściciel podniósł wzrok. Uśmiechnął się nieco i szybko zbladł. Ja, oczywiście nie patrząc mu w oczy, oddałam mu to, robiąc krok naprzód. Bardzo nieśmiały i niepewny krok…. Natomiast reakcja była jak najbardziej pewna. Młody mężczyzna, który towarzyszył okradzionemu, także zrobił krok naprzód, jakby bał się, że znowu zaatakuję. Było mi przykro, że stracili do mnie ten cień zaufania, nad którym pracowałam przez te lata. Chociaż im się nie dziwiłam. Okradziony otworzył portfel i liczył pieniądze. Teraz zaczęłam zastanawiać się, czy moja prawa ręka czegoś nie zabrała. Sięgnęłam do kieszeni. Wyczułam jakieś banknoty. Przeraziłam się i sama zamarłam.
- Dwa tysiące pięćset… - wyszeptał okradziony.
- A ile miałeś? – spytała dyrektorka.
- Trzy tysiące… Cała moja pensja ze szkoły językowej… - wykrztusił.
- Tego za wiele! – krzyknął towarzysz, po czym odepchnął mnie, a ja upadłam na podłogę.
- Wystarczy tej przemocy – powiedziała dyrektorka i zaraz zwróciła się do mnie – Dziewczyno powiedz, gdzie są te pieniądze! Policja jest już w drodze, niczego nie ukryjesz!
Wciąż powstrzymywałam się od płaczu i wstając starałam się nie patrzeć na poszkodowanego. I na jego bandaż wokół głowy, gazę na środku czoła… Bez słowa, w całkowitym milczeniu sięgnęłam do kieszeni i wyjęłam pięć banknotów stuzłotowych. Okradziony wstał, powoli zresztą i ostrożnie, widać było ten ból, który uniemożliwiał mu sprawne poruszanie się. Wziął ode mnie pieniądze, a ja cofnęłam rękę tak szybko, jak tylko było to możliwe. Nie mogłam wykrztusić słowa i znieść wzroku dyrektorki, i towarzysza. Banknoty wróciły do pięknego, brązowego, skórzanego portfela. Na twarzy właściciela pojawił się cień uśmiechu. Myślałam, że zemdleję, gdy przemówił:
- Dlaczego to zrobiłaś?
Spojrzałam na niego, on złapał ten moment i stało się, czego się bałam: patrzyłam mu w oczy. To był przełom. Wybuchnęłam płaczem i padłam na kolana. Nie mogłam się powstrzymać, wylewałam teraz cały żal, cały stres, wszystko to, co dusiłam cały dzień. Nie robiłam tego po to, by odstawić pewnego rodzaju cyrk, o nie! Ktoś by powiedział, że chciałam wzbudzić litość. A ja łkając, zaczęłam mówić:
- Przepraszam! Ja nie chciałam, nie wiem, co mi się stało! To był impuls, ja nad sobą nie panowałam, ja nie chciałam…! Nie pamiętam, jak to zrobiłam, nic nie pamiętam, błagam – odważyłam się podnieść wzrok – Ja nie wiem, co mi się stało! – kiedy zobaczyłam ich zdegustowane miny, od razu wiedziałam, że to nie wróży nic dobrego – Błagam, na litość boską, niech mi państwo uwierzą!… - zachłysnęłam się i łkając żałośnie, znowu zamknęłam oczy. Widok przygnębionego okradzionego, surowej dyrektorki i srogiego towarzysza był zbyt przytłaczający. Twarz starałam się zasłonić dłońmi, bo czułam, że płonę ze wstydu. Pogrążona w mroku i we wstydzie chciałam, by ta twarda podłoga ustąpiła, żebym zapadła się w głąb budynku i żebym zniknęła na zawsze. Kiwałam się raz do przodu, raz do tyłu, myślę, że wyglądałam żałośniej, niż to sobie mogę wyobrazić. Ale jeszcze gorsza była moja odpowiedź na pytanie: „Dlaczego to zrobiłaś? Czy to było ci do czegokolwiek potrzebne? Czego ty chcesz?”. Mogłam tak rozmyślać bez końca, skąd przyszły im do głowy takie pytania, ale na to nie miałam czasu, bo naprawdę… Wierzcie mi…

 

- Czego najbardziej pragnę? – spytałam trochę

bezmyślnie, bo rozum dalej spał i spojrzałam w okno – Chcę… - pociągnęłam nosem – Chcę, by mój brat przestał ćpać, żeby moja siostra przestała się zachowywać się jak małolata, by moja mama pracowała tak jak dawniej: przed południem, by w domu powitał mnie mój piesek, merdając wesoło ogonkiem… By powitał mnie zapach domowego obiadu… By powitał mnie uśmiech mamy…Marzy mi się, by ojciec wrócił do nas, by było tak jak dawniej… - uśmiechnęłam się, trochę szaleńczo. Nie mam zamiaru już kraść, by mieć na książki czy na jedzenie… Liczy się tylko normalne życie, ale dlaczego nie mogę go mieć??!… A skoro nie mam szans na takie życie… - skierowałam oczy na portfel leżący na stoliku, a który jeszcze przed chwilą był w mojej kieszeni. Poczułam, jakby to się stało symbolem… Symbolem beznadziejności mojego położenia, symbolem mojego okropnego, przesyconego kłamstwem życia – Koniec… - szepnęłam  – To już koniec… - rozpłakałam się na nowo. Okradziony nie ruszył się, zresztą tak jak dyrektorka i towarzysz. Widziałam tylko ich wzrok i ich wyraz twarzy: przepełnione współczuciem, ale i przerażeniem. Nie mogłam przestać łkać. Wtem usłyszałam syreny. Chyba policyjne… Tak, policyjne. Wjechali na podwórko. Teraz strach przerodził się w ślepą panikę. Wybiegłam z pomieszczenia. Zatrzasnęłam drzwi pokoju nauczycielskiego. Nigdy w życiu nie biegłam tak szybko. A wybiec ze szkoły nie mogłam. Pognałam na górę, pierwszą myślą, jaką podsunęła mi panika, była: uciekaj do toalet! Nie posłuchałam jej. Miałam inną koncepcję. Mianowicie: czwarte  piętro, czyli strych. Wślizgnęłam się na trzecie piętro, potem drewnianymi schodami na tę opuszczoną część szkoły. Wiedziałam, że strych jest pułapką… Z której nie ma ucieczki. Nie mogłam złapać oddechu, a każdy, nawet najmniejszy odgłos przyprawiał mnie o dreszcze. Byłam zdesperowana. Usiadłam pod maleńkim okienkiem. W ogóle nie przeszkadzało mi to, że w około było mnóstwo kurzu. Okno było zbyt małe, abym mogła się przez nie prześliznąć, nie zmieściłabym się. Sznura także nie było. Ale było drewno! Sięgnęłam na jakąś starą półkę. Zdjęłam coś. To była chyba noga od krzesła, połamana. Jego krawędzie były ostre jak brzytwa  i posiadały wystające złowieszczo drzazgi. I to narzędzie jakoś samo powędrowało w stronę nadgarstka lewej ręki, choć to prawa bardziej zasługiwała na karę. Mój rozum obudził się na chwilę. Niestety, było już za późno. Po moim ramieniu spływała ciepła stróżka krwi, kapała tak  na zakurzoną podłogę. Kurtka mojej siostry stała się bordowa. Pogrążyłam się w zadumie…

Żegnaj matko, szkoda, że nigdy nie chciałaś ze mną

porozmawiać jak równa z równą… Mam nadzieję, że znajdziesz lepszą pracę, w dogodnych godzinach, obyś wreszcie dostrzegła to, że bardzo brakowało nam ojca, dostrzeż w końcu, że twój syn ćpa, a młodsza córka puszcza się na każdym spotkaniu ze znajomymi…Żegnaj, ojcze, jest mi tak przykro, że nie dane ci było patrzeć, jak dorastamy, ale z drugiej strony, kto kazał ci odchodzić od nas do tej młodej? Przejrzyj w końcu na oczy i pomóż matce uporać się z moim rodzeństwem… Żegnaj, siostro, szkoda, że nigdy nie byłaś moją przyjaciółką, choć tak bardzo tego pragnęłam. Pamiętaj, że gdy mówiłam: nie zadawaj się z nimi, bo ci tylko zaszkodzą…Chciałam dla ciebie jak najlepiej! Obyś też przejrzała na oczy i dostrzegła, że twoi tak zwani przyjaciele na tobie po prostu żerują. Przepraszam za kurtkę, nie mam pojęcia, gdzie zostawiłam swoją… Jak ją znajdziesz, to możesz ją sobie zatrzymać, mnie się nie przyda… Żegnaj, braciszku, szkoda, że tak jak twoja siostra, także ty nie chciałeś mnie słuchać… Błagam cię zerwij z narkotykami! Z całego serca życzę ci, abyś poradził sobie z tym problemem… Chciałabym, abyś spotkał miłość twojego życia, która naprowadzi cię na właściwe tory i zachęci do rozwijania talentu pisarskiego. Obyś kiedyś wydał swoje opowiadania i wiersze, były takie piękne… Są nadal!

 

Żegnaj, piesku, minęło tyle lat, odkąd mój ojciec tak

bezdusznie cię nam odebrał, a ja wciąż łudziłam się, że jak wrócę do domu, to zobaczę tę radość w twoich ufnych ślepkach, to radosne merdanie ogonkiem. Wciąż pamiętam nasze zabawy w parku…

 

Żegnajcie… Jest tyle rzeczy, o których jeszcze

chciałabym powiedzieć… A nie ma czasu. Czas i krew uciekają. Słabnę…Mam dopiero 17 lat...  Przepraszam, proszę pana, za ten portfel, do teraz zastanawiam się, jak to się stało? Przepraszam wszystkich… Za to, że żyję…
Ale nigdy więcej… Bo nagle nie było nic…Tylko pustka i ciemność... Wyciąga ku mnie ręce… Zachęca pięknymi słowami… Słyszę jeszcze kroki i wołanie po imieniu… Cały strych ogarnęła ciemność… Nic już nie czuję… Ani strachu… Ani poczucia winy… Rozum śpi… Sumienie zasypia… Ja zasypiam… Czy tak wygląda śmierć?...


Źródło:
tekst własny, obrazek : www.images.google.pl